Vova zi Lvova czyli Upierdliwy Minstrel, Leniwy Pies i Kobieta Trzymająca Paszporty!!
Pered mikrofonem stoit Vova zi Lvova, i zaraz u nas Ukrainska mowa! To Halicko – uliczny rap miasta Lwowa! – wino, kobiety, patefon – tytuł płyty wesołego rapera z Miasta Lwa. Nie ma nic weselszego niż Ukraiński Rap! Zwłaszcza po powrocie z Kolejnej Wyprawy do tegoż miasta. Vova zi Lwowa niczym przyprawa czosnykowa – leci na słuchawkach.
Sen: Leżę, sala oświetlona. Sterylna. Jestem poowijany w jakieś prześcieradła. Nade mną pochylony zespół operacyjny… otwiera mi brzuch. Otwiera, ja podnoszę głowę i, patrzę co i jak. A tam… Wszystko wprost Klasycznie. Profesorowie zaczynają cmokać z zachwytu, robić zdjęcia i wołać studentów w celu nauki. A tam, maszyneria gra jak w przedwojennej Omedze. Oglądają jelita, powykręcane transformatory białek, tłuszczy i innych życiodajnych elementów. Na koniec gratulują mi – pozuję do fotek- i zaszywają… Koniec snu. Czy NFZ wie coś o tej samodiagnozie?:)
Wse budie fajnooo – zapamiętaj ce i ne zabuw! – Vova melorecytuje…
Zajeżdżamy na granicę wracając do Polski. Po stronie Ukraińskiej 10 autokarów. Szef-kierowca tylko szpetnie zaklął… No to mamy nockę w busie. Ale od czego Pilot-WszystkoRobiący. Przechadzam się koło autokarów. Kilka ukraińskich turystycznych, kursowych, polskie ze 3 i… tu jęknąłem – autokar na przemyskich numerach, a wokół niego palący i podpici “turyści”. No to w pizdou… Nie ma bata, nasi celnicy ich przetrzepią na okoliczność papierosów
. Nic to. wracam. ale po kilku sekundach myśl… Idę jeszcze raz. Dochodzę do przejścia. Idę do starszego wiekiem ukraińskiego mundurowego. Ukraińskim moim językiem tłumaczę co i jak… Mówi, że nie ma problemu i każe jechać na samochody osobowe, na niemal wolny pas! Biegnę niczym Carl Lewis (nie, to nie ten od spodni!) do busu, wsiadam i… wyprzedzamy
. Przemyślaki nam zastępują drogę i klepią po masce samochodu. Kierowca-szef nasz, idzie i subordynuje pilota tej “wycieczki”, który okazuje się drobną, kruchą babeczką. Współczuję jej, no, ale taki pieprzony los pilota. Jedziemy pod znak STOP. szybka odprawa celna. Jakiś nowy papier, który wystarczy podpisać!! I jedziemy na kontrolę paszportową. Tu lekkie zamieszanie i każą nam iść do okienka z paszportami w dłoniach. Stoimy. Kierują nas do innego okienka. W nim piękna niczym para aniołów mundurowa Pani informuje nas… ze Ona odprawia SAMOCHODY OSOBOWE a nie busy i… każe wracać do kolejki… No i już jesteście państwo w konsternacji jak i MY?!:) A jakże. Ale nie z Wojakiem Szwejkiem takie zagrywki. Zacząłem dialog. Wyjaśniłem kto i jak i co i kiedy. Kobieta odprawiała osobówki, a nam kazała czekać. Kierowca zostawił paszport i poszedł pilnować samochodu, ubezpieczając przez spychaniem:). Co robi Pilot-amator w takiej sytuacji? Rozgrzewa Kobietę Trzymającą Paszporty słówkami, prośbami lekkimi, stosując przebiegłe znane z psychologii kobiety (to dziedzina nauki, która powinna się rozwijać najprędzej!!) oparte na własnych doświadczeniach… No i każe mi nic nie ‘howoryc’. Ok. Nic nie mówię… No prawie nic. Jeden z odprawianych osobówek, na pytanie “Który to Andrzej”?, odpowiada ‘Ja”, a JA na to, ze tu się mówi po ukrainsky a nie po niemiecku!:) Władczyni Paszportó się uśmiechnęła. Znaczy swoja Babka, nie robot! No to czas sobie przypomnieć lata młodości… Kilka pochwał przetykanych utyskiwaniem na parszywy los pracy nocnej ze zmarszczkami i durnymi ludźmi jeżdżącymi Nie Wiadomo Po Co? Że niby my też? Nieee, my z OPERY! a po co do Opery? A bo u nas nie ma! A co w Operze? – Cała grupa skanduje – CY RU LIK SEWILSKI! (Prosiłem ich o to wcześniej, bo ja nie mam pamięci do nazw Oper, na które jadą ludzie). No i roztaczam uroki Lwowa, napomykając, ze uwielbiam Okean Elzy… No to kobitka już mnie ma… Każe mi śpiewać. Mi śpiewać??!! Nie trzeba dwa razy powtarzać! Mini recital rozpocząłem … właśnie, co to było? Zlepek refrenów, pierwszych zwrotek i ‘na na na’, oczywiście w ridnej ukraińskiej mowie…. raczej, w nowomowie, ale zawsze! Przeleciałem Okean Elzy, (no 911 opuściłem hehe) ludowe “Oj czyj to kin stoit”, “Tyż mene pidmanula”.. A Władczyni mówi, że jak nauczę grupę i zaśpiewamy to nas puści. No to posyłam Spojrzenie Belfra na grupę i zaciskam usta. Uwalniam usta i zaczynam dyrygować i drzeć ryja na całe przejście. Widze, że 3-4 mundurowych z uśmiechem mi się przypatruje (+wszyscy z osobówek i leniwy pies od narkotyków, gryzący swoją piłeczkę) a jeden młody, podrzuca tytuły piosenek! Phi! Mam swój repertuar! Na życzenie śpiewam za 10 hrywien!
. No i co?! I zmiękczyłem serce Niewieście. Wzięła, poprzeglądała, popodbijała i kazała jechać! To Pojechaliśmy!! Jadą!!
hehe.
No i niech mi ktoś powie, że nie warto się uczyć i słuchać nie tylko Blogu27 i Tokio Hotel!!! A na koniec zaśpiewałem… “Ja idu do domu, do sebe do domu..”. Ech… 10 autokarów stało i stało… A my po północy już w domku, jedząc lazanię i sałatkę owocową rozkoszowałem się jakby wolnością, jakby Lwią Grzywę targałem, i kwas Monastyrski łyczkami popijałem…. Ba…
Tak było!
“Widpusty, ja blachaju widpusty, bo ne możu dalsze żyty, ja..” – to długo i namiętnie powtarzałem Piękna pieśń!:)
A do Lwowa, na “Straszny Dwór”, po POLSKU, zapraszam! Pogoda murowana, jak Baszta Prochowa!
Tylko niechaj grypa odpuści!! Tfu Tfu!!
Slawa Bohu!
Szczastliwo!